poniedziałek, 19 sierpnia 2013

DREAM TRIP TO LONDON || LOTS OF PICS

Wczoraj około 21.30 wróciłam z mojej pierwszej i mam nadzieję, że nie ostatniej wycieczki do Londynu. Byłam tam niestety tylko 5 dni, w tym 2 na podróż, ale czuję, że wykorzystałam ten czas maksymalnie i zobaczyłam może nie wszystko, ale dużo. O tej wycieczce marzyłam bardzo długo, aż wreszcie w styczniu mój tata oznajmił, że zabierze na wakacjach zorganizujemy wypad do stolicy UK. Na mojej liście londyńskich "must see" zaliczałam od początku muzeum figur woskowych Madame Tussauds, zakupy na Oxford Street, London Eye, M&M's World, Natural History Museum oraz coś, o czym marzy każda szanująca się fanka świata mody - Harrods. Wszystkie plany zrealizowałam praktycznie sama. Mój tata powiedział, że jeśli naprawdę chcę odwiedzić miasto muszę wykazać się zaradnością i samodzielnością. No i zaczęło się. Zamawianie biletów, robienie przelewów, niekończące się rozmowy telefoniczne z angielskimi przedstawicielami londyńskich atrakcji, wielogodzinne planowanie codziennego zwiedzania, co wiązało się ze ślęczeniem nad mapami przy odcinkach W11 i Detektywów (moja słabość ;)). Potem pojawił się problem bagażu, czyli jak spakować wszystkie ubrania i zmieścić się do walizki ważącej jedynie 15 kilo. I po co tyle krzyku, skoro ostatecznie bez problemów włożyłam niecałe 8.

 Samolotem lecieliśmy około 2 i pół godziny, cóż, latało się dłużej, ale dawno, więc musiałam z powrotem przyzwyczaić się do bycia dużo kilometrów nad ziemią. Wiadomo, miało się obawy... przez pierwsze 10 minut, a potem poszło i znowu przypomniałam sobie, jak przyjemny jest lot ponad chmurami. Gorsza była podróż autokarem z lotniska. W sumie to jechaliśmy tyle samo, co lecieliśmy. Mieliśmy pecha, gdyż jakiś gość jadł kanapkę z jakimś cuchnącym serem. Odwijał ją i podgryzał przez całą podróż i był to chyba najmniej przyjemny aspekt trasy Rzeszów - Londyn. Pieniądze chcieliśmy zaoszczędzić na hotelu. Wiedzieliśmy, że będziemy tam tylko spać, więc wybraliśmy maleńki, ale wbrew pozorom unowocześniony i całkiem wygodny hotelik Dylan Apartaments Earl's Court (prowadzonego przez sympatycznych, wiecznie uśmiechniętych młodych emigrantów z Indii) w Kensington, niedaleko pałacu, gdzie aktualnie przebywa księżna Kate, książę William oraz mały książę George. Mieszkało nam się przez te kilka dni dobrze, wygodnie i bez zbędnych problemów oprócz 3 alarmów pożarowych w ciągu ostatniej nocy z powodu pijanych studentów, którzy smażyli naleśniki po drugiej stronie ulicy o godzinie 1 w nocy :).

Chyba nie muszę mówić, kto "pozuje" ze mną na zdjęciu :)
W pierwszy dzień pojechaliśmy metrem (zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten podziemny pociąg :)) do przepięknego Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Chyba zrobiło na mnie największe wrażenie z pośród wszystkich atrakcji. Niby nie udało mi się zobaczyć figur One Direction przez półkilometrową (!) kolejkę Directionerek, ale i tak uważam, że muzeum jest nie-sa-mo-wi-te! Może na zdjęciach tego nie widać, ale dam sobie rękę uciąć - figury wyglądają jak żywe! Najlepsza była chyba trasa kolejką "The Spirit of London" (Dusza Londynu) ukazująca Londyn na przestrzeni wieków. Ruchome figury woskowe, efekty dźwiękowe i trochę strachu dzięki złudzeniom optycznym: widziałam latające "duchy" małych dzieci. Przerażające, ale w sumie piękne i niewyobrażalne. W muzeum można także darmowo zobczyć zabawny spektakl kina 4D z Avengersami Marvela w roli głównej, którzy przybyli, by uratować Londyn. Najbardziej spodobał mi się Spiderman i jego poczucie humoru ;). Jeśli zgłodniejecie, przekąski i słodycze sprzedawane między poszczególnymi figurami są naprawdę pyszne. Szczególnie Marszmallows z truskawkami i fontanna czekolady. Mmmmmm...Jeśli planujecie wycieczkę do Londynu to muzeum słynnej rzeźbiarki to numer 1 na liście atrakcji. BARDZO polecam. I przepraszam za czerwone oczy i świecącą buzię, ale takie światło ;).






Na trasie "Spirit of London" są woskowe trupy...

... a zaraz potem wesołe dzieci na karuzeli :).

Teraz dopiero zauważyłam, że to było do góry nogami ;)




Moim zdaniem najbardziej perfekcyjnie wykonaną figurą jest Britney. Jak żywa, choć zdjęcie tego nie eksponuje. W drugim planie Adele oraz Lady Gaga.


W ten sam dzień wybraliśmy się na Oxford Street i zrobiliśmy szalone zakupy w Primarku :). Wierzcie mi lub nie, ale ciuchy za 5 funtów były fajniejsze niż te w F21, czy Urban Outfitters! Do Primarka wracaliśmy w sumie codziennie, mój tata nie mógł się zdecydować, czy chce sobie kupić koszulki, czy jednak nie. Ja za to od razu byłam pewna swoich wyborów, które pokażę niedługo w filmiku na SeQueens TV, więc czekajcie. Spacer po Oxford Street może być trochę męczący. Warto naładować się trochę i spróbować przysmaków: restauracja Garfunkel, świetny bar azjatyckiej kuchni Wasabi oraz coś organicznego i z witaminami, ale za to jak pysznie: Pret a Manger, których w Londynie jest baaaardzo dużo, łącznie z lotniskiem (Stansted). Byliśmy też w Victoria's Secret. Bielizny nie kupiłam, bo raczej nie jest ona odpowiednia dla gimnazjalistek ;), ale napawałam się wnętrzem sklepu: wszędzie kryształki, cekiny, światełka. Brzmi kiczowato? Otóż nie - bardzo luksusowo.

 


Kolejny dzień pod znakiem wysokości. London Eye. 135 metrów nad ziemią, cudowne widoki i wrażenia. Jednak radzę przyjść pod koło wcześniej, a dodatkowo kupić bilety w internecie. Chyba nikt nie chce stać 2 godziny w kolejce, prawda? Z góry widać znaczną część Londynu. Słynne mosty, British Parliament, Big Ben. Troszkę padało, ale to nie zmienia faktu, że Londyn nawet w szarej, chłodnej oprawie jest pięknym miastem.






W ten sam dzień (czwartek), po zobaczeniu Londynu z góry wybraliśmy się do raju słodyczomaniaków, fanów czekolady, dobrej zabawy, kolorów i szczęścia: M&M's World of London. 3 piętrowe centrum M&M'sów wypełnione czekoladkami, czekoladkowymi gadżetami oraz zabawnymi postaciami M&Msów. Można stworzyć swoją własną mieszankę na wagę: czekoladki są dostępne we wszystkich kolorach tęczy.
Warto odwiedzić. Uczta dla duszy, ciała, oczu i kubków smakowych.







W ostatni dzień zwiedzania odwiedziliśmy Muzeum Historii Naturalnej. Sama nazwa wskazuje o co chodzi. Wejście było darmowe, ale kolejka - okropna. Ale było warto trochę postać, aby zobaczyć na przykład wieloryba naturalnej wielkości, szkielety dinozaurów, kamienie szlachetne, człowieka od środka. Robi wrażenie. A samo muzeum od zewnątrz wygląda jak pałac. Było naprawdę fajnie.





Zaraz po wyjściu z muzeum, pojechaliśmy metrem do Harrodsa, czyli centrum mody zdecydowanie nie na moją kieszeń ;). Wszędzie kręcą się piękne Muzułmanki, żony i córki szejków, bogate, eleganckie Angielki (zauważyłam, że każda Angielka ma porządną torebkę, okulary albo buty) z torbami Michaela Korsa, ewentualnie słynną LV, w balerinkach Tory Burch lub czarnych Laboutinach, z okularami Prady na nosach nawet w pomieszczeniu. W Harrodsie możesz kupić wszystko, jeśli tylko masz wypchaną kieszeń. Ubrania, torby, biżuterię, buty, kosmetyki, meble (wanna za 200 tysięcy funtów wysadzana cyrkoniami), telefony (złoty telefon za pół miliona, weź zgub takie cacko ;)), piękne babeczki (na to się skusiłam, 3 funty), prawdziwe dzieła sztuki cukierniczej. Możesz także przejechać się złotą windą. Cudowne, warto pójść, choćby, żeby popatrzeć.



Ostatnią atrakcją na naszej mapie był pałac Buckingham. Olbrzymi dom Królowej. Cóż tu dużo mówić. Do środka nie da się wejść, ale warto pozachwycać się jego widokiem i pośmiać się ze sztywnych żołnierzy w ogromnych czapach.



         







Uh, namęczyłam się trochę pisząc ten gigantyczny post, mam nadzieję, że to docenicie :)

Pozdrawiam Was jak zwykle, Kochani i do zobaczenia!



 


                                                                                                     


























3 komentarze:

  1. Zazdroszczę! :D Też bym chciała tam polecieć

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nadal jestem w Londynie;) Może zdąże jeszcze do tego muzeum;)

    OdpowiedzUsuń

ADD MORE COMMENTS :)